" – Ja się tu chyba powieszę – pomyślał. Nie wpadło mu do głowy, że wobec braku ciążenia nawet takie wyjście nie jest możliwe..."

czwartek, 31 maja 2012

Hańba

Władasz największym mocarstwem na ziemi. Twój jeden telefon może postawić w pełną gotowość arsenał nuklearny zdolny do unicestwienia całej cywilizacji, a do tego jesteś pierwszym przedstawicielem przez wieki uciskanej mniejszości, który doszedł tak wysoko. To znaczy, że wszystko ci wolno?

Lubię Obamę i spodziewałem się, że jak najszybciej sprostuje swoją wypowiedź. No, ale chyba się nie doczekamy.
I nie ma się co dziwić, że cały nasz kraj się denerwuje, bo z taką ignorancją trzeba walczyć. Zbyt wielu ludzi zginęło by tworzyć takie przekłamania. Warto też zwrócić uwagę, że zamiast określnika "niemieckie" używa się "hitlerowskie" zamiennie z "nazistowskie" by zapewne nie obrażać sąsiadów zza granicy.
III RP i RFN to państwa, które praktycznie pod każdym względem różnią się od swoich poprzedniczek. Polska naszych czasów jest zupełnie innym tworem polityczno-społecznym, niż II RP. Podobnie jest z Republiką Federalną Niemiec. Są ważniejsze sprawy na głowie, niż ciągłe szukanie ludzi chcących przekłamać historię. Prawda z czasem sama się obroni, a idioci szerzący takie bzdury jak "Polskie obozy śmierci" kiedyś na pewno zamilkną i nie będę musiał już więcej o tym pisać. Mam taką słodką nadzieję, że jeszcze będzie przepięknie...

Ciekawy wpis na blogu europosła Wojciechowskiego. Warto przeczytać.




wtorek, 29 maja 2012

Wrzuć monetę/Euro - sreuro

Lubię zaczynać od porażki. Mam to od małego. Pierwszego dnia szkoły zraziłem do siebie wszystkich kolegów. Pierwszego dnia pierwszego związku pokłóciłem się z moją pierwszą dziewczyną. O pierwszym razie nie będę wspominał, ale domyślacie się...
Teraz padło na konkurs poetycki. Cóż, nigdzie nie ma tam mojego nazwiska, co dość jednoznacznie rozumiem i dodaje do grupy przegranych debiutów.

Ale w sumie nie przejąłem się tym bo jakoś to wszystko mnie zwyczajnie wali. Nie boję się łez czy złości, tylko chyba brakuje mi siły by w jakikolwiek sposób reagować. Zwyczajnie mnie to wali, jak już mówiłem.

*-*-*

Ukraińcy mają lepszy hymn, tam się jakoś dogadali i nawet klip jest taki w klimacie piłkarski, to się czuje. A u nas? Adamiakowa kopie biedronkę, która w magiczny sposób omija bramkarza, Smuda wydziera się na aktorów w reklamie, zamiast w ciszy kompletować skład, a ja zastanawiam się czy oglądać mecze czy nie.
Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że autostrady są naprawdę do dupy, a żeby obejrzeć jakieś spotkanie w barze, będę się musiał sporo natrudzić, gdyż każde miejsce chcące transmitować mistrzostwa w Polsce będzie musiało zdobyć zgodę UEFA  i kupić licencje.
PATRZ 1

Dalej, krótko o bezpieczeństwie:

Dworzec Centralny w Warszawie. Nigdy nie lubiłem tego miejsca.

"nie życzę sobie kurwa..." "a może jestem modelem i biorę za jedną fotkę dwa i pół tysiąca..."
Wielkie wyrazy szacunku dla autora tego filmu, że odważył się postawić. Ja pewnie bym uciekł. Podziwiam.

Do tego wszystkiego dochodzi film wyemitowany w BBC. "Stadiony nienawiści". No doprawdy, w Polsce na każdym meczu reprezentacji jest zadyma... Powiedzieli, co wiedzieli. Ale na szczęście znalazł się jakiś mądry i zaprosił wszystkich tych, którzy głoszą takie plotki, jakoby w naszym kraju, lub na Ukrainie, szerzyła się nietolerancja i ogólne bandziorstwo.
Oczywiście, wyżej pokazałem jawny jego przykład, który dzieje się w miejscu gdzie będą przebywać tłumy ludzi w czasie mistrzostw, ale nie zmienia to faktu, że nasz kraj to nie Meksyk, gdzie w niektórych miastach jawnie rządzi mafia.

Ogólnie rzecz ujmując. Dla mnie te mistrzostwa mogłyby się odbyć gdzie indziej. Dlaczego?

Robiliście kiedyś imprezę u siebie w domu? Wyobraźcie sobie, macie wolne mieszkanie na całą noc, zapraszacie, powiedzmy 20 znajomych, ale przychodzi jakiś  40, jest głośno, jest tłoczno, są papierosy, coś jest rozlane, coś stłuczone. Jednym słowem - rozpierdol. Polskę czeka miesiąc takiego zamieszania, na drogach, na kolei i w mediach, które, jak widać, o niczym innym nie trąbią.

Sam nie wiem po co marnuję siły na wypisywanie tych głupot. Mniejsza.

środa, 16 maja 2012

Wczoraj w empiku

POPRAWIONE


Wszedłem do Empiku niczym Chuck Norris z reklamy mojego banku. Choć nie było to Enter the dragon, bo posturą przypominam raczej Kung-fu Pandę, ale drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem, który przyciągnął wzrok wszystkich zgromadzonych w środku. Determinacja to podstawa, więc nawet nie zwolniłem swego kroku, zmierzając w stronę stoiska z czasopismami.
Majowy numer "Odry". Dziewięć złotych, czyli cały dzień głodówki. Albo trzy dni bez kolacji. Westchnąłem i zacząłem wertować pismo po raz szósty albo siódmy. I wtedy, zupełnie nagle, dotarł do mnie głos zdrowego rozsądku, a brzmiał on, ni mniej, ni więcej, tak:

Filipie! Dawidzie! Korneliuszu! Jakkolwiek, do kurwy nędzy, masz na imię! Ogarnij się. Wśród ponad stu pięćdziesięciu stron nie ma żadnych magicznych zaklęć, które sprawią, że będziesz lepszym pisarzem. Twoje nazwisko nigdy nie znajdzie się w spisie treści, bo zwyczajnie nie masz predyspozycji to pisania olśniewających wierszy, porywających artykułów i recenzji, a twojej prozie bliżej do grafomani niż literatury.

Uśmiechnąłem się do siebie, odłożyłem pismo na miejsce i ruszyłem w stronę wyjścia. Spokojny krok i spokojne myśli. Czyli co, wybieram ciepły obiad zamiast garści literatury współczesnej? Gdy dotarłem pod drzwi, naszły mnie wątpliwości, które nie opuściły mnie, dopóki nie wywróciłem portfela na lewo, wysypując na ladę ostatnie miedziaki.
Teraz od dwóch dni pismo leży obok mojego łóżka. Nawet do niego nie zajrzałem. Boję się, ale sam nie wiem czego. Od jakiegoś czasu potrafię czytać cudzą twórczość bez poczucia niższości wobec innych twórców i nawet nie trafia mnie szlak, gdy ktoś dostaje świetną recenzje. Nie wiem. Może boję się, że się zawiodę, że zobaczę jakiegoś dwudziestoparolatka, który zgarnia nagrody i pochwały, a jego książka jest rozchwytywana. Trudno powiedzieć. Może to głód? Tak, to zapewne głód nie pozwala mi zajrzeć do "Odry".

"Mój świat"

Mądre słowa o współczesnym świecie przepełnionym ludźmi, którzy w dzikim pędzie posiadania, zgubili wszystkie wartości i teraz są skłotersami we własnym życiu.

wtorek, 15 maja 2012

Ogrodzone miasto


Lato, pod postacią ogródków piwnych, wyrosło na toruńskiej starówce. Nie jest tak źle jak w Gdańsku, chodnikami nadal da się przejść i nie wpaść na ludzi idących z naprzeciwka, ale kolorowe parasole coraz bardziej szpecą, przynajmniej mój własny, obraz gotyckich zabytków.
Rozumiem dlaczego powstają tego typu rzeczy, przecież nie ma nic lepszego niż zimne piwo na świeżym powietrzu, gdy w mieście znowu upał gości, jednak przeraża mnie to z jaką częstotliwością powstają nowe miejsca pozwalające na spożywanie alkoholu pod parasolami. To Justyna zwróciła moją uwagę na ten temat, a spacerując z nią po toruńskim Starym Rynku, nie mogłem się z nią nie zgodzić.

Nasze społeczeństwo nie dorosło jeszcze do legalnych narkotyków jak i prawa do publicznego spożywania niskoprocentowych alkoholi. Nie dorosło też do tego by dbać o dobra jakie pozostawiła nam historia. Tak niewiele przetrwało po naszych przodkach, a ci którzy nadal są żywymi świadkami historii nie otrzymują od nas tego na co zasłużyli. Nasze społeczeństwo nie zna pojęcia szacunku do drugiego człowieka. Przyznajmy to otwarcie, każdy z nas był choćby raz świadkiem chamstwa jakie szerzy się wśród młodych względem starszych pasażerów komunikacji miejskiej.

W autobusach nie ma miejsca na szacunek, ale za to na zabytkowych i reprezentacyjnych budynkach i kamienicach jest sporo miejsca na szerokie bilbordy i kolorowe loga firm, których siedziby ulokowały się gdzieś w pobliżu. Nasz kraj jest biedny. Widać to świetnie na przykładzie rozlicznych budynków, których piękno wyparowało przez okres PRL-u i teraz nie ma środków by nadać im piękny wygląd, a co dopiero pierwotny zamysł architektoniczny. Rozliczne pałace, wille lub kamienice z przed wojny stoją i sypią tynkiem na przechodniów bo właściciele nie mają środków finansowych i prawnych by móc odnowić część naszego dziedzictwa.

Chciałbym za dwadzieścia lat móc pokazać swoim dzieciom cudowne zabytki architektury, które rozsiane są po zaułkach wielkich miast. Pokazać, czy raczej zachęcić kilkoma przykładami by dalej same poszukiwały małych cudów stworzonych przez człowieka. Przy tej myśli warto się zastanowić, czy przypadkiem nie jestem jednym z nielicznych młodych ludzi, którzy lubują się w spacerach po zakamarkach wielkich miast, w poszukiwaniu czegokolwiek, co posiadało lub nadal posiada, jakąś skrytą wartość estetyczną? Patrząc i nawiązując do swojego poprzedniego postu zaczynam się zamartwiać bo w czasach śmieciowej kultury i dominacji mediów masowych, ciasne zaułki pachnące kałużami nie są zbyt kuszące. Mają potężną konkurencję w postaci łatwo przyswajalnej sztuki. Mam nadzieję, że Andy W. płonie za to w piekle. (Przypomniałem sobie, że muszę napisać w następnym poście dlaczego nie lubię Warhola).

Dobra dajmy już spokój temu wszystkiemu. Wyżaliłem się.

Czy wspominałem już, że kocham swój widok z okna? Zazieleniło się, a w parku, niedaleko ronda Herberta, w trawie hasają ze dwa tuziny ptaków najróżniejszych gatunków. Będąc zakochanym, człowiek jakby mocniej odbiera wszystkie bodźce z zewnątrz. No i wspólne przeżywanie różnych rzeczy tak mocno mnie cieszy. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że zaczynam się rozpisywać, wchodzi mi nawyk formułowania kompletnych myśli i zamykania ich ładnymi zwrotami.

Z twierdzy Toruń, która pomimo lat pokoju, nadal lubi się grodzić, pozdrawiam wszystkich upojonych majowym ochłodzeniem.

wtorek, 8 maja 2012

Wiejskie granie

Koko koko? Przepraszam, ja znam inną stronę polskiego folku...




I w ten oto sposób goreje we mnie wewnętrzny sprzeciw wobec popkultury (ponownie!). Nie mam nic do tej piosenki i kobiet, które ją wykonały bo każdy ma prawo do tworzenia tego co mu się żywnie podoba. Nie jest to utwór najwyższych lotów, ale to samo mogę powiedzieć o większości melomanów, którzy słuchają choćby radia, jadąc samochodem do pracy. Tu jest pies pogrzebany. To prości ludzie kształtują popkulturę i dla nich tworzy się prostą, ubogą muzykę. To im podoba się Rihanna albo Lady Gaga. Chociaż to już trochę minęło, teraz tłumy zabawia Portugalczyk ze swoją "poetycką" pieśnią. Ale mniejsza.
Irytuję mnie to wszystko, a szczególnie media, które to promują, kształtując nasze gusta w beznadziejny sposób.
Teraz ludzie, szczególnie w naszym kochanym kraju, będą myśleć, że w polskiej muzyce ludowej koko jest spoko i pieją kury. I nic więcej bo przecież nic o tym nie słychać. Pytanie, czy ktokolwiek chce usłyszeć coś innego niż gówno serwowane z radiostacji, dzień i noc.Albo klubowy łomot, którego wszelkie odmiany tak mocno spopularyzowały się w ostatnich latach.

Kiedyś naprawdę lubiłem ciężką, elektroniczną muzykę, która rozsadzała mnie od środka, teraz bywa z tym naprawdę różnie, często źle. Źle znoszę też metal, którego sztuczność rzuca mi się w oczy od dawna. No i w grę wchodzi jeszcze jedna rzecz, o czym tak naprawdę oni śpiewają?
Zresztą, gdy przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej, to wszędzie można znaleźć jakieś wady, a dobrej muzyki na pierwszy rzut oka nie widać. No właśnie, teraz to sobie uświadomiłem. Nie można rozglądać się za naprawdę urzekającymi melodiami i chwytliwymi tekstami. Wystarczy nastawić uszu.

Ta myśl sprawiła, że czuję się lepiej. Swoistym lekiem na całe zło stał się dla mnie Chopin.
Starzeję się. Niech to...

poniedziałek, 7 maja 2012

Once upon a time, there was a village...

Tło muzyczne





Olsztyński zachód po raz pierwszy...


 i po raz drugi.


Rude, rozczochrane, ale jakie kochane!


Maria patrzy w ogień. Ogień nie parzy Marii.


Oswojona natura


Niesforny człowiek i jego przebranie


Daj młodym karton z łachmanami i patrz jak ożywa wyobraźnia.
(od lewej): Julia (pastereczka), Dębowy (hinduski pasterz i kupiec), Olga (przybysz z epoki Disco), Maria (biała zjawa), Grzesiek (Faraon, no kurwa), Filip czyli ja (Dr. Gonzo), Marcel w worku po paszy jako baranek & trójka holendrów o dziwnych imionach.

Miejsce: Olsztyn, Kortowo; Skajboty
Fotografie: Justyna H.; Filip C.
Przypisy: Filip C.
Muzyka: The Naked and Famous - Young Blood

Na Kościuszki są akacje...

Gdybym potrafił kraść nocy kolejne godziny i budzić się o siódmej rano w poniedziałek z uśmiechem na ustach, może zabrałbym się do przeczytania tych wszystkich rzeczy, które dzień w dzień gromadzą się wokół mnie. Wywiady, artykuły, opowiadania i wiersze, a jeszcze tyle książek zalega na półkach w Toruniu, Bydgoszczy, a nawet Olsztynie. (Tu mrugam ku mojej Justynie).
Dziś prawie utopiłem się w nowożytnej historii mojego ukochanego kraju, który kąpie się w wiosennych barwach. W pociągu czytałem prozę Różewicza i z każdą stroną czułem się coraz dziwniej. Później wygrzebałem z torby stare wydania "Odry" i "Twórczości". Znalazłem kilka egzemplarzy z lat 80 w bagażniku Land Rovera należącego do Julii, którą odwiedziliśmy w samym sercu dzikiej Warmii. W jednym z tych pisemek znalazłem wywiad z Lemem i fragment dziennika Tadeusza Różewicza, w którym wspomina coś o Stachurze. (Później przyjrzę się temu dokładniej).
Zostawiam pożółkłe strony, pachnące wiejskim poddaszem.
Tydzień to za mało by nacieszyć się Warmią, jeziorami i łąkami, a deszcz i szarawa mgiełka wokół rodzinnego miasta, ani na chwilę nie zasłaniają mi cudownych obrazów wyrytych w pamięci.

Zakwitły akacje na Bocianowie. Taka mała dzielnica Bydgoszczy, niedaleko dworca, przez którą zawsze przechodzę wracając do rodzinnego domu z wypraw różnorakich. Wracam, więc i widzę na bzach fioletowe kwiaty, oczywiście w jaśniejszym i ciemniejszym odcieniu, według rodzaju. Dalej pną się w niebo zielone akacje, z bladymi, drobnymi kwiatami skupionymi w większe grupy, podobnie zresztą jak kwiaty wcześniej wspomnianego krzewu.
Wszystko jest piękne, myślę sobie idąc ulicą Ogrodową. Na Kościuszki rosną tylko akacje i to kilka odmian, więc i tam musiały pojawić się bladozielone kwiatki.

Mieszkam na Tadeusza
Na Kościuszki zakwitły akacje.

Układam sobie w głowie wiersz, mijając kilka dużych bzów, porastających trawnik przed tym starym domkiem, sypiącym się już powoli, gdzie kiedyś mieszkała moja koleżanka z klasy, a dzisiaj okna zieją starością. Chocimska 20? Dobrze pamiętam. Posesja obok też ma trawnik, który kąpie się w fiolecie i zieleni. Oddycham, tak bardzo cieszę się z docierających do mnie zapachów. Jak małe dziecko. Zresztą, nie ma się co dziwić, ledwie miesiąc temu odzyskałem skrawki powonienia. Wciąż przyzwyczajam się do nowego świata.

Na mojej ulicy nie zakwitły akacje. Jedynie bez rozrastający się na moim podwórku już dwudziesty raz ozdobił je swym kolorem i przede wszystkim, zapachem.
Kiedyś przed każdą posesją rosło choćby jedno drzewo. Dziś jest ich o połowę mniej, a przynajmniej tak mi się zdaje.
Tak ciężko wrócić do miasta, gdy ledwie kilka dni temu, biegało się boso po trawie, mrówkach i innych robakach, mając na sobie za ciasne spodnie od garnituru. Trudno tak, porzucić wiosenne szaleństwo, wyrzygać tą radość, którą przed kilkoma dniami zachłysnąłem się, patrząc na moją ukochaną skąpaną kolorami zachodzącego słońca. Teraz to wyrzyguję patrząc przez zachlapane okno na kałuże ciągnące się wzdłuż betonowych chodników. Zieleń nie ma tu siły przebicia.
Wiem, że jutro nie obudzi mnie kukułka, której kukanie przyciągnęłoby moją uwagę. Ale znacznie gorszą  rzeczą jest świadomość, że w moim łóżku będę sam. Przynajmniej do naszego następnego spotkania.

Infantylne odwirowanie


Kościuszki obrasta betonem
pustak za pustakiem
już słychać farby śpiew
wschód odbija się w szkle.

W szczerbatym asfalcie
krzątają się piwne kapsle
tynk po cegle błądzi
a woda szumi między krawężnikami.

Tadeusz kwitnie
martwą naturą


Tadeuszowi K. za niezrównoważone dzieciństwo. A może niezrównane? Mniejsza. Na pewno z przedrostkiem "nie-".


środa, 25 kwietnia 2012

Walczyć czy wygodnie żyć?

Pisałem już o tym w jakimś komentarzu, a teraz postaram się rozwinąć moje myśli.

Ogarnia mnie przerażenie, gdy czytam niektóre rzeczy. Innym razem po lekturze jestem znudzony jak diabli. Raz boję się, że moja "twórczość" to nie wiele więcej niż jakieś szkolne wierszyki dzieciaczka z Kujaw, a z drugiej strony widzę chaos i niedoskonałość niektórych pseudoartystów, którzy puszą się przed publicznością jak pawie w Parku Łazienkowskim.
No i zastanawiam się i chyba robię to za często bo ciągle boli mnie głowa. Chyba najlepiej wychodzi nam branie życia na trzeźwo. Intuicja rzadko nas zwodzi, ale tak ciężko usłyszeć jej głos... Fuck.
Po dwóch miesiącach na Liternecie poezja mocno mi się przejadła. Pewnie dlatego, że nie mam przyjaciół, którzy chwaliliby mnie w każdym komentarzu. Nie mam też cycków, którymi mógłbym przyciągnąć potencjalnych czytelników.
Wychodzi na to, że jedyne co mam to talent, w który nawet ja wątpię, ale obiecałem komuś, że chociaż spróbuję się wybić, zamiast od razu składać broń. Każdego poranka przeklinam siebie za tamte słowa, ale nie mam wyjścia, muszę mierzyć się z własnymi słabościami, a do tego wszystkiego dochodzi słabość systemu, szczającego na takich jak ja. Trudno. Nie mam innego wyjścia.

Zresztą, każde piekło da się przejść, trzeba tylko pewne rzeczy sobie uświadomić.

Przyszła w moim życiu pora na poszukiwanie mentora z krwi i kości, a nie z druków lub nagrań. Kiedyś pisałem o wiele gorzej, zresztą na pewno widać to na tym blogu, który strasznie się zmienił odkąd go założyłem. Ale teraz wiem, że potrzebny mi ktoś, kto wciągnie mnie pod swoje skrzydła i wprowadzi w towarzystwo. Nie chcę tego, ale jakie mam wyjście?
Nie lubię tego środowiska. Kiedyś pisarze i poeci uchodzili za wielkich ludzi. Dziś wysypało ich się znacznie więcej, a sztuka zamieniła się w biznes. Kucie kolejnych książek, rok po roku, by wysycić rynek bestsellerami. Gdy spoglądałem na grupę młodych ludzi, którzy zebrali się na spotkaniu promującym jakąś śmieszną książkę (Głowę mi utnijcie, nie mam pojęcia o czym ten człowiek napisał), miałem wrażenie, że jestem obdartusem, który zamiast chodzić na wieczorki literackie, powinien oglądać mecz z kumplami w barze obok.
Dlaczego?
Strój, sposób zachowania i wysławiania się. Potrzeba wywyższenia się ponad innych, bycia kimś lepszym, kimś innym, w pewnym stopniu jakaś autokreacja. To wszystko mi nie odpowiadało, ale przemyślałem ich podejście bardzo dokładnie.

Wiem kim jestem, jak się nazywam. Od czasu do czasu pogrywam różnymi kreacjami, ale nie zapominam, że tak naprawdę nie znam się na literaturze, sztuce, a nawet, gdy przyjrzeć się moim papierom, ortografii. (Zresztą byki strzelam od dziecka, jak każdy człowiek pewnie). Moje życie nie ma dla ludzi większej wartości, więc o nim nie pisuję, skupiam się na osobach ze swojego otoczenia, tak jakby chcąc się oderwać od wrodzonego egocentryzmu.

Nie mówię, że wszyscy są źli bo nie chcą się ze mną bawić. Sam mam opory by pchać się do piaskownicy wypełnionej ludźmi różnego pokroju. Artyści są burzliwi. Albo uważają się za takich i wszczynają różne kłótnie, dyskusje i skandale. Szczytem wyrafinowania jest udusić kogoś sarkazmem, karmiąc go wcześniej, porcjami groteski.

Pieprzony kraj Gombrowicza. Gdy zaczynam nad tym myśleć, ogarnia mnie wrażenie, że wszystko, dosłownie wszystko, może być po prostu okrutnym, przerysowanym żartem.

Dziś usłyszałem od matki, że powinienem zastanowić się nad tym, czy lepiej by nie było, gdybym wypierdolił za granicę. Po jednej wizycie w aptece, gdzie jakaś staruszka pozbyła się połowy renty w celu nabycia wiadra lekarstw, czarter na zmywak wydał się niezwykle kuszącym rozwiązaniem. Zarobić co nie co i zwiać zanim wszystko zacznie się paprać. Naprawdę, czasem nie wiem jak zaplanować swoje życie by wszystko się ułożyło po mojej myśli. I tak w ostateczności improwizuję, ale wypadałoby mieć chociaż pewien zarys, jakąś mapę czy coś takiego...

Smęcenie znika gdy w uszach rozgaszcza się muzyka.
Byłem na koncercie L.u.c.-a z Justyną. Zagrał w Gdańskim Żaku. Cholerny geniusz słowa i muzyki, do której stopniowo dojrzewam. Zresztą, pewnie całe życie mi to zajmie.


Ta notka nie ma ładu i składu. No już trudno. Wylałem to z siebie, więc idę się uczyć.

Pencey

wtorek, 24 kwietnia 2012

Testy

Tego egzaminu nie można oblać. Nawet jeśli ktoś pomyli się we wszystkich pytaniach i tak zaliczy całość, jednak przy rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych będzie miał wynik - 0.
Ja swój egzamin miałem 5 lat temu. Szczerze? Myślę, że dziś poszłoby mi znacznie gorzej niż wtedy. Zmienił się program, zmieniła się moja wiedza. Wiele niepotrzebnych szczegółów, w dużej mierze z przedmiotów ścisłych, uleciało z mojej głowy i nawet za nimi nie tęsknie.

Z czasem można coś dostrzec. Iść na piwo i zobaczyć jak bardzo możemy być różni, jak wiele ścieżek jest do wyboru. Fizyka i Informatyka, Architektura, Skandynawistyka, Chemia, Archiwistyka, Grafika... To tylko przekrój naszej nielicznej, gdańskiej grupy, "miłujących świat inaczej", a jaka różnorodność.
Nikomu nie udało się zrobić z nas jednakowych, okrągłych głów, każdy pognał tam, gdzie pchnęły go marzenia. I bardzo dobrze.

To test, który rzeczywiście otwiera nam dalszą drogę i sprawdza naszą podatność na stres. Wielu ludzi opowiada jak bardzo stresowało się podczas pisania matury lub odpowiadania na ustnych egzaminach. Mnie nigdy to nie dotyczyło (pewnie przez moje podejście - co będzie to będzie). Miałem drugi wynik w klasie, mogłem iść do każdego liceum, więc wybrałem to najbliżej mnie. Dziś, gdy spoglądam na to co rozciąga się za moimi plecami, na przeszłość tak burzliwą i pofałdowaną, niekiedy urojonymi, problemami, cieszę się, że wybrałem właśnie taką drogę.

Oczywiście w mediach wielka sensacja, że dziś są te egzaminy (wiadomo, zbrojenia Korei są za mało sensacyjne), a popołudniu w internecie zaroi się od debilnych obrazków, które w najlepszy sposób ilustrują jego strukturę wiekową. Dobrze, że będę poza domem.
Ah i jeszcze zmartwieni rodzice, którzy z niepokojem będą oczekiwać wyników lub choćby relacji swoich pociech w stylu "I jak ci poszło?". Oczywiście będą wydzwaniać do nich już od 10 rano, a nawet jeszcze przed egzaminem by wypytać się o ich nastrój.
No dobra może przesadzam. Nie wiem jak to jest, moja mama nigdy nie była nadopiekuńcza, lecz stopniowo przekładała na moje barki odpowiedzialność za moje własne życie i decyzje w nim podjęte.
Dziwnie żyć bez rodziców, daleko od domu, wszystkie problemy rozwiązywać w pojedynkę, mierzyć się z nimi samemu.
Liceum to rzeczywiście najlepszy czas. Wymaga się od nas niewiele, a mamy tyle możliwości, ogrom swobody. Jedynie na studiach można poczuć się swobodniej, jednak wymagania często wzrastają wielokrotnie.